piątek 21 czerwca 2024     Alicja, Marta, Alojz
eGorzowska - internetowy dziennik Gorzowskiej Agencji Dziennikarskiej
szukaj    szukaj szukaj
Hanna Kaup BLOG

« powrót
16XII2020 - malował Dzierżyńskiego i Lenina.
Uciął głowę papieżowi
A może się uda
16XII2020.


Na rozmowę z gorzowskim artystą Michałem Bajsarowiczem umawiałam się kilka razy. Wreszcie się udało. Spodziewałam się, że trochę pogadamy, ale nie, że zajmie nam to ponad godzinę, bo Michał nie należy do ludzi, którzy lubią mówić o sobie czy swojej twórczości. Dlatego to, co Państwu proponujemy, nie jest li tylko rozmową o jego malarstwie czy rzeźbach, ale właściwie relacją z życia: barwnego, pełnego zwrotów i niesamowitych sytuacji. Zapraszam do lektury wywiadu z człowiekiem, który uciął głowę papieżowi, a wcześniej malował portrety Dzierżyńskiego i Lenina.

CZŁOWIEK

Nie trzeba zaglądać w życiorys Michała Bajsarowicza, by wiedzieć, że w centrum twoich artystycznych zainteresowań jest człowiek. Co cię w nim tak pociąga?
- Zawsze się spotykam z takim pytaniem.

A odpowiadasz na nie?

- Kiedyś miałem takie bardzo filozoficzne odpowiedzi, ale to wszystko bardzo pod publiczkę, żeby ładnie brzmiało, a tak naprawdę, to nie wiem, jak mam na to odpowiedzieć, no bo co? To w drodze artystycznej jest mój główny obiekt zainteresowań. Zaczęło się od studiów, tam był model i jakoś tak zostało. I ten człowieczek sobie jest, ale ja nie maluję go jako postaci, jakiegoś humanoidalnego stwora, tylko obraz, którego obiektem jest człowiek, mój model. Ale też maluję ryby…

Nie odchodź na razie od człowieka. Powiedziałam, że nie trzeba czytać twoich życiorysów, ale jak się wejdzie na twoją stronę lub na strony, na których widnieją twoje obrazy, to jest informacja, że ten człowiek ma wymiar duchowy. To też jest pod publiczkę?

- To wymyślają galernicy, marchandzi. Fajnie to brzmi. Ale na pewno nie jest to tylko fizyczny wymiar.

To co jest dla ciebie najważniejszego, gdy rysujesz tego człowieczka?

- Zacznę od formalnych rzeczy typu: kompozycja, budowanie obrazu, kolorystyka, z którą zawsze mam problem, forma. Potem najważniejszy jest proces tworzenia, nie to, co powstanie na końcu, bo tego nigdy nie wiem. Zawsze w malarstwie zaczynam od jakiegoś szkicu, a potem wychodzi to, co ma wyjść. I to powstaje samo z siebie.

Łapiesz się na tym, że ręka ci leci w kreskę, którą już zrobiłeś?
- Cały czas. To dylemat wszystkich artystów. I ci, których poznaję na licznych plenerach i spotkaniach, z tym się godzą. Wypijamy dużo kaw wieczorami…

Przecież kawy nie pijesz…

- To w cudzysłowie (uśmiech). I każdy się zmaga z tym problemem, że maluje w kółko to samo. Większość z nich pogodziła się z tym. Uważają, że do tego doszli i to jest ich wizytówka, ich sztuka. Niektórzy malują wciąż to samo, niektórzy poszukują. Ja trochę tak szukam, trochę po omacku, trochę ze strachu…

Przed czym?

- Właśnie przed tą powtarzalnością.

A może z nią jest tak jak z ulubionymi piosenkami, których słuchacze domagają się na koncertach. Artysta chce zaprezentować nowe teksty, nową płytę, a oni chcą słuchać starych szlagierów.

- Może tak, ale u mnie nie ma tej powtarzalnej kreski i za to galernicy się na mnie obrażają. A ja już nie maluję tak jak kiedyś. Oni chcą stare obrazy. Może były fajne, ale ja nawet jak bym chciał, to nie potrafię już tak zrobić.

Jak ewoluuje twoja twórczość malarska?
- Nie ulegam namowom galerników i ostatnio przestałem prawie malować. Od czasu do czasu muszę sobie zrobić przerwę.

Higieniczną?
- Tak. Ostatnio wziąłem się ostro za rzeźbę.

Kiedyś nawet obciąłeś głowę papieżowi…

- No tak. Poprosił mnie o pomoc nieżyjący Piotrek Miller, którego przywiozłaś do Rokitna i tam się poznaliśmy. Księża z sanktuarium kupili od kogoś rzeźbę Jana Pawła II i wstydzili się ją pokazać. Trzymali ją w ukryciu w jakiejś salce, bo głowa i ręce były zaburzone anatomicznie. Pomyślałem, że są dwa wyjścia: albo zrobić całość na nowo, albo obciąć istniejącą głowę i przyspawać nową, a ręce obrobić pleksą. I tak zrobiłem. Nie jest może idealna, ale na pewno trochę lepsza i stoi w miejscu publicznym.

DZIECKO

Mało mówisz o sobie i nie udzielasz wywiadów, więc wróćmy do samych początków, bo nie wiem, jak się u ciebie zaczęło to malowanie. Kiedy wiedziałeś, że będziesz studiował malarstwo? Kiedy wiedziałeś, że to będzie twoje życie, a nie co innego?
- Już dawno. W szkole podstawowej i średniej kiepsko mi szło. Byłem raczej takim koleżką z Zawarcia. Ale potrafiłem rysować. Nie wiem, skąd się to wzięło, ale to pewnie jakieś genetyczne kwestie, bo ojciec malował, matka też. Jak byłem małym dzieciakiem, zaprowadził mnie do Jana Korcza. On dał mi kartkę i kazał narysować z pamięci jakiegoś rycerza czy coś takiego. I Korcz mnie pochwalił. Poczułem się dobrze, że taki prawdziwy malarz tak mnie dobrze ocenił. Pewnie gadał jakieś głupoty, żeby ojcu sprawić przyjemność, ale ja to pamiętam.

Ile lat miałeś?

- Siedem, osiem.

UCZEŃ

No to na pewno nie były głupoty. Coś potem jednak udowodniłeś.
- No i tak sobie podrysowywałem. W szkole średniej robiłem takie humorystyczne rysuneczki, z których wszyscy się chichrali i za to dostawałem lufy albo byłem wyrzucany z lekcji, bo robiłem sobie jaja. Moje zeszyty wyglądały tak, że z jednej strony miałem trochę notatek, a od tyłu rysowałem jakieś śmiechotki. I kiedyś w technikum budowlanym pani od polskiego, pani Basia Górnikiewicz zobaczyła to, pomyślałem, że mnie zaraz wygna. A ona to przeglądnęła i powiedziała: „O super. Wystawę ci zrobię w klasie”. I ja się podpaliłem, zrobiłem jakieś rysunki dłoni, takie piórkowe i pani profesor powiesiła to i potraktowała mnie już nie jako kolesia z Zawarcia, tylko jakoś fajniej. Wtedy poczułem, że oho, jakaś wartość się szykuje i pewnie nie skończę byle jak.

A myślałeś, co będziesz robił?
- Wtedy człowiek specjalnie o tym nie myślał, ale czułem, że doceniono mnie. Potem trafiłem do domu kultury, do WDK-u, który prowadziła Klara Rawicz-Lipińska. Był też Zbyszek Siwek i towarzystwo: Romek Łubiński, Piotrek Drojecki, Andrzej Ciborski. Czasy, kiedy w kółko słuchało się Kaczmarskiego. A szefową była Lidia Przybyłowicz. Ja chodziłem tam na zajęcia z rysunku. Podobał mi się ten klimat, poznałem ludzi i jakoś sobie wymyśliłem, że po maturze spróbuję na Akademię Sztuk Pięknych.

Dlaczego poszedłeś do budowlanki?
- Szedłem do budowlanki raczej z musu. Już w podstawówce byłem na jakiejś plastycznej olimpiadzie i mimo ocen niezbyt nadających się do ogólniaka, pani wychowawczyni zaproponowała, bym poszedł do Liceum Plastycznego do Zielonej Góry. Ale gdzie ja będę do Zielonej Góry do Falubazu i gdzieś do internatu jeździł. Tu zawód chlebowy, to na budowlańca poszedłem i jakoś się dostałem. Ciężko mi szło. Nienawidziłem mechaniki budowli, ale przydało mi się, bo teraz sam buduję domy. Wylądowałem więc w budowlance, pani od polskiego mnie pochwaliła, potem byłem w WDK, no i postanowiłem dostać się na studia. Nie wiedziałem, co jest grane na egzaminach wstępnych, więc w przedbiegach odpadłem.

Od razu startowałeś do Poznania?
- Tak, bo było blisko. I tam na egzaminach wstępnych poznałem wielu ciekawych ludzi. Na przyszły rok zacząłem rysować, zrobiłem porządną teczkę, ale w międzyczasie zaczęła mnie ścigać armia. Rok jakoś przepękałem, bo Klara Lipińska wzięła mnie pod skrzydła i zatrudniłem się w WDK. Tam nasyciłem się klimatami opozycyjno-solidarnościowymi, prowadziliśmy długie rozmowy przy „kawie”, a tu armia, więc jak mam iść do tej armii?

To były lata 80.?
- Tak, 1982. W każdym razie armia mnie chapsnęła. Rok udało mi się uciec, dzięki jakiemuś majorowi z WDK, ale potem mnie capnęli.

ŻOŁNIERZ
Czyli nie udało się zdawać drugi raz?

- Nie, bo capnęli mnie wiosną. Nie mniej, z tej armii udało mi się wyjść przez szpital psychiatryczny. Ale to jest historia na długą opowieść. Mimo że w armii miałem dobrze, bo byłem tzw. plastykiem, bez specjalnego kontaktu z żołnierzami, z falą, choć widziałem to i byłem chyba jedyny wśród tysiąca żołnierzy, który miał maturę. To też trochę pomagało, ale jednak dwa lata siedzieć w tej piwnicy, gdzie miałem pracownię i malowałem Feliksa Dzierżyńskiego i portrety Lenina? Przestało mi się chcieć. I cały czas symulowałem. Teraz mogę to powiedzieć, choć kiedyś za to groziło więzienie. I udało mi się…

Po aktorsku?
- Tak, tak, musiałem pokonać psychiatrów szczecińskich, a na początku lekarzy wojskowych. Prawdopodobnie oni wiedzieli, że ja muszę wyjść z tej armii i mnie skierowali na oddział psychiatryczny do Gorzowa, z czego się bardzo ucieszyłem.

Byłeś tu długo?
- Pół roku. „Lot nad kukułczym gniazdem” to jest to samo. Ale było super. Początkowo się obawiałem, że mnie odkryją i pójdę siedzieć, a trzy lata groziło za takie miganie się od armii.

Jakie doświadczenia stamtąd wyniosłeś?
- Nauczyłem się psychologii, psychiatrii. Robiłem różne rzeczy, nawet asystowałem przy elektrowstrząsach. Ciekawa historia. Poznałem psychiatryczne historie od podszewki. Wspominam ten czas bardzo dobrze. I udało mi się wyjść. Lekarze trzymali mnie pół roku, żeby po tym armia mnie zwolniła.

To ile byłeś w tej armii?

- W samej armii – trzy miesiące, a w szpitalu sześć, czyli w sumie mam zaliczone dziewięć miesięcy. Ale jak bym się dobrze postarał, to teraz byłbym na rencie wojskowej, bo przecież poszedłem do wojska super star zdrowiutki, a wyszedłem teoretycznie wrak. Mam papiery, choć one nie zdają się na wiele, bo komisja wojskowa zwolniła mnie z armii na co? Na… ból pleców. Stanąłem przed komisją wystraszony oczywiście, z takim stosem papierów o mojej niedojrzałości emocjonalnej, zaburzeniach organicznych mózgu, z oszukanymi wykresami encefalografu, bo sam potrafiłem sterować tymi wykresami. To jest tak, że wkładasz sobie do skarpety pineskę i w odpowiednich momentach wbijasz ją sobie w palce i wtedy mózg podskakuje. Robiłem to z regularnością. Gdzieś to wszystko wyczytałem. No więc wyniki były fajne i na komisji puścili mnie po wszystkich lekarzach, łącznie z okulistą i dermatologiem. W końcu staję przed nimi i pytają mnie, co mi jeszcze dolega. Powiedziałem, że krzyż boli. Więc wygonili mnie, a jak wezwali na odczytanie wyroku, usłyszałem, że odroczyli służbę wojskową na sześć miesięcy z powodu jakichś kręgosłupowych historii powodujących ból. I koniec. Najważniejsze, że mnie wypuścili. Nie zwolnili, ale odroczyli na sześć miesięcy. Wziąłem papiery ucieszony, a po konsultacjach z lekarzem, kiedy opijaliśmy „kawą” mój sukces, okazało się, że oni musieliby mnie potraktować jako uszkodzonego przez armię i mógłbym się starać o tę rentę. Ale doszedłem do wniosku, że jest dobrze. Po pół roku znowu mógłbym iść do wojska, tylko że się już dostałem na studia.

STUDENT
Udało się jednak.

- Tak, to były studia w Łodzi. Najpierw po raz drugi wyskoczyłem do Poznania. Wtedy znałem już dokładnie cały cykl egzaminów, tylko zabrakło mi jakichś punkcików. I znowu problem. Pisałem odwołania, można było z jakiejś listy jeszcze się dostać, ale okazało się, że w Łodzi jest drugi termin, bo otworzyli nowy wydział. I egzaminy były nie w czerwcu, ale w lipcu. I ci wszyscy spadochroniarze z Polski, którzy się nie podostawali, przyjechali do Łodzi. Było chyba 100 osób na jedno miejsce. No to mówię: „Nie mam szans najmniejszych”. Ale poznałem ludzi. U jednego pod Łodzią w Zgierzu mieszkaliśmy w altance. Tam spędzaliśmy czas. Piliśmy „kawę” i chodziliśmy na egzaminy wstępne. Było super. Ta „kawa” dawała kopa, że nie spało się po nocach, tylko się przygotowywało. Zdałem i zostałem przyjęty jako jeden z lepszych. I tam się dostali tacy fajni goście z różnych stron kraju. Dlatego w Łodzi spędziłem pierwszy rok.

Przeniosłeś się do Poznania, bo bliżej?
- Bo dziecko mi się urodziło. Moja żona studiowała na uniwersytecie poznańskim i to był powód, że zezwolono mi łaskawie na przeniesienie się do Poznania. Musiałem jeździć z żoną z brzuchem do Ministerstwa Kultury i Sztuki i pokazywać ją. Naprawdę. Pan popatrzył, że rzeczywiście jest w ciąży i napisał kwit, że ministerstwo zezwala mi na przeniesienie się do Poznania. Taka fajna była ta biurokracja.

I tam w Poznaniu już skończyłeś studia? Czy były jeszcze jakieś sensacje?

- Nie, nie.

Nie wzięli cię drugi raz do wojska?
- Nie. Na studiach już nie. Ale wojsko mi o tyle pomogło, że jak miałem szkolenie wojskowe – teraz tego nie ma – pan przyniósł kałasznikowa na zajęcia. I tak pokazuje paluchem, jak to się rozkłada. To ja się zgłosiłem, czy mogę sam spróbować. A byłem w tym dobry, bo nas uczyli robić to z zamkniętymi oczami. I tak przy wszystkich studentach, w ciągu pięciu czy dziesięciu sekund rozłożyłem kałacha, poukładałem na stole jak na zajęciach i potem ciach mach, w ciągu dziesięciu sekund złożyłem go jak stary terrorysta, odblokowałem, odłożyłem i wyprostowałem się na baczność. Wszyscy zrobili takie gały. A artystów już później nie brali do armii.

Skończyłeś studia i wróciłeś do Gorzowa?
- Tak, rodzina. Drugie dziecko.

PRZEDSIĘBIORCA

Dało się żyć z malarstwa?
- No gdzie. Wymyśliłem własną działalność: reklama, szyldy i takie sprawy. Kiedyś jeszcze szyldy robiło się ręcznie, potem pojawiły się folie samoprzylepne. Jeździłem do Poznania PKS-em kupić kilka rolek. Kosztowało mnie to majątek. Wycinałem literki, składałem napisy: „Sklep mięsny, otwarte, zapraszamy”. Kilka takich reklam jeszcze do tej pory jest w Gorzowie.

Gdzie są?
- Nie ma się czym chwalić, ale jedna jest w sklepie elektrycznym Instal koło ul. Chopina. Jest tam taki kaseton świetlny, który zdobyłem gdzieś na złomie w Niemczech. U nas nie było to w ogóle do osiągnięcia. Zregenerowałem go – była na tym jakaś reklama piwa – zrobiłem nową i on się trzyma do tej pory.

Michał, to są historie jak z archiwalnego filmu.
- Tak było, robiłem mnóstwo reklam. Te pierwsze wolno stojące tablice spawałem, woziłem na plecach, wkopywałem na dziko. Teraz tego nie wolno, ale to było szaleństwo z dzikością tych reklam. Jeszcze Bolek Kowalski był plastykiem miejskim. Pomagał mi załatwić zezwolenia. Nieraz uczciliśmy to „kawą”.

Trochę tej „kawy” w życiu wypiłeś…

- No tak, ale nie jest ze mną tak źle. „Kawoszem” nie jestem. No więc ta firma super, kasa super, wszystko pięknie ładnie, ale trzeba było prowadzić księgę działalności gospodarczej. Kumpel trochę mi pomagał, księgowy trochę mi tam powiedział, ale ja nie kumałem za bardzo. Zatrudniałem kolegów na czarno. Bardziej wspomagałem ich, niż oni coś robili. Miałem pracownię na strychu kina Słonce. Potężna, 200 m kw. i zero ogrzewania. Taką budkę zrobiłem i tam tworzyliśmy te reklamy. Ale kiedyś urząd skarbowy mnie wezwał, bo coś źle napisałem i karę mi od razu wrzucił. Cholera, strasznie się wkurzyłem i w tym samym dniu rozwiązałem firmę, bo mnie to strasznie stresowało i stałem się artystą.

ARTYSTA
Pamiętasz datę?

- Na pewno to początek lat 90. Robiłem wtedy drugi fakultet.

To mija ci 30 lat bycia artystą.
- No chyba tak.

To ustalmy, że masz rocznicę. Przecież świętujemy.

- Eeee, tam.

Nie eee tam, przecież ja piję kawę.

- No ty tak. Ale artystą zostałem dzięki Gabrieli Balcerzak. Przydarzyła się taka historia, że Gabriela Balcerzakowa wspólnie z dyr. teatru Staszkiem Kuźnikiem zaproponowała mi wystawę. Wymyślili, że w foyer będą prezentować gorzowskich artystów. Nie wiem, skąd mnie wytrzasnęli, ale trafili do mojej pracowni. Miałem jeszcze z dyplomu rysunki, nawet fajowskie, takie wielkoformatowe na papierach. I tam poznałem teatr, ale od tyłu, czyli pracownię plastyczną, wielu złotych ludzi, aktorów i technicznych. Było nam miło. Zacząłem tam bywać, bo znowu poczułem dawny klimat WDK-u. Nocowałem tam nieraz – po „kawach” - i wystawa się odbyła. I super. Wtedy mój kumpel Austriak, który tu uczył niemieckiego na college’u i miał kamerę VHS, nagrał tę wystawę i pokazał ją w Austrii swojej znajomej galerniczce. Jej to się bardzo spodobało i zechciała jakieś prace ode mnie mieć u siebie. Pojechaliśmy tam. Do bagażnika zapakowaliśmy obrazy. Fajnie było, a pani galerniczka, to profesjonalna galerniczka pełną gębą. To już nie był dom kultury. I sprzedała te obrazy.

I poczułeś, że jest dobrze?

- Ja poczułem i ona poczuła. Zaczęła mnie promować. Miałem mnóstwo wystaw w tej Austrii w różnych miejscach. Zarabiałem pieniądze, na tamte czasy duże. Dla nich małe, a dla nas duże. I tam mnie witali, jak nie wiadomo kogo. Tam właśnie udzielałem wywiadów. I malowałem te postacie. Ludzie mnie zapraszali, czyli, kurde fajnie. Ona mnie jeszcze promowała w Trieście we Włoszech. Mnóstwo jeździłem. Robiłem rocznie 100 tys. km, bo tam jest dokładnie tysiąc kilometrów z Gorzowa. Bywało tak, że jechałem do Grazu i wracałem w ten sam dzień. Ale człowiek miał power, a to jeszcze zima była. W Austrii poczułem się doceniony, poznałem mnóstwo ludzi, kilka razy brałem udział w targach sztuki w Innsbrucku. Napędzałem tę galerię, bo oni dobrze sprzedawali moje prace. Później, jak zacząłem się trochę bardziej interesować rozliczeniami, że płacę podatki od jakichś potężnych kwot, wyszło na jaw, za ile ja rzeczywiście byłem sprzedawany. Ludzie brali jakieś kredyty albo rezygnowali z wczasów. Ponieważ jeden obraz był niepodpisany, jego właścicielka któregoś razu zaprosiła mnie do swojego domu, żebym go podpisał i powiedziała mi, za ile go kupiła. Okazało się, że dostałem jedną dwudziestą tego. I przestałem z galerniczką współpracować. W międzyczasie miałem własne wystawy, ale tam poczułem się oszukany. Potem ta galeria splajtowała.

A kiedy mocno stanąłeś na nogach w polskich galeriach?
- Czy ja wiem. Konsekwentnie cały czas coś robię. Ludzie gdzieś mnie poznali, ktoś gdzieś coś widział, ktoś sprzedał, ktoś kupił. Ale ruszyło się po wystawie trzy czy cztery lata temu w Brukseli. Bruksela – brzmi dobrze. Fajna galeria w pięciogwiazdkowym hotelu, gdzie zjeżdżają się szejkowie. Inny świat. Nie na moje brudne buty, ale ja jakoś dałem sobie radę. Na otwarcie wystawy przybyli jacyś wielojęzyczni goście, od polityków po prezydentów. Nie bardzo ich rozróżniałem, bo też „kawy” dosyć dużo tam było i dobra. OK. Wystawa się odbyła. Musiałem potem wysyłać rzeźby gdzieś do Izraela czy Stanów. Jakoś się też zadziało, że Katarzyna Napiórkowska, która ma galerię w Warszawie i w Brukseli wyczytała o mnie i zainteresowała się. Zadzwoniła, że chce moje prace i tak od słowa do słowa wysłałem, co mam, a potem doszła do skutku moja indywidualna wystawa u niej. I znów fajnie. Tak do tej pory jest.

Ale teraz pandemia.
- No tak. Nie odczuwam, by ludzie inwestowali w sztukę, ale z wiekiem zauważyłem, że moje potrzeby się zmniejszają i nie potrzebuję gonić za materialnymi rzeczami.

Wróćmy na chwilę do twojego „Lotu nad kukułczym gniazdem”. Te doświadczenia nie przełożyły się później na twoje malarstwo?

- Być może. Być może. Początkowe prace były takie straszne, schizofreniczne i być może to siedzi tam. Ale trudno to werbalnie określić. To na pewno w podświadomości jest, bo to było duże przeżycie. Nie to, że ja chcę przedstawiać jakieś tragedie, tylko jest ten człowiek, bo przecież tam byli różni ludzie. Niektórzy naprawdę chorzy, a niektórzy zdrowi, dużo symulantów, czyli podsądnych, jakichś morderców na obserwacji, narkomanów.

Zaprzyjaźniłeś się z nimi?
- A bardzo, bardzo. To było lata temu, także te przyjaźnie powygasały, ludzie też poumierali. Ale pamiętam ten czas, to miejsce. Niedawno z okazji koronawirusa byłem tam, by zrobić sobie test – okazało się że jest OK – ale poszedłem pod ten oddział. On wtedy był zamknięty, teraz też jest, tylko już po amerykańsku zrobiony, otoczony drutem kolczastym.

Odnotowujesz gdzieś swoją twórczość? Wiesz, ile rzeczy stworzyłeś?
- Nie. Mam z tym problem. Wszyscy go mają. Nie wiem, chyba powstały tysiące rzeczy. Teraz jest dobrze, bo one są w chmurach albo w Internecie, a kiedyś trzeba było zrobić zdjęcie i chować w teczce. Na potrzeby zagraniczne robiłem dokumentację, ale nie dbałem o nią i gdzieś mi to poginęło. Przy przeglądaniu szuflad czasami na nie wpadam.

OSOBOWOŚĆ WOLNA NADWRAŻLIWA
Ty jesteś takim artystą osobnym…

- Tak. Nie należę do żadnych grup i nie szukam nic dodatkowego, bo jestem uzależniony od wolności. Ten zawód dlatego wykonuję, bo nie mam nad sobą żadnego dyrektora i nikt nie może narzucić mi swojej woli.

Ale życie z wolnym człowiekiem chyba nie jest łatwe?

- No oczywiście, koło mnie muszą być odpowiedni ludzie. Najbliżsi muszą to rozumieć i tolerować. Ja mogę sobie popłynąć kajakiem na kilka dni i oni to rozumieją. A niektórzy rzeczywiście dziwią się, jak można z takim dziwolągiem żyć.

A gdybyś miał powiedzieć o sobie, nie jako o artyście, ale o mężczyźnie, mężu, ojcu. Jaki jesteś?

- Dobry. Trzeba by moje dzieci spytać.

Najłatwiej odbić mi piłeczkę, ale tak uczciwie, sam z siebie, co byś powiedział? Masz sobie coś do zarzucenia?

- No mam, wiele do zarzucenia, ale jeśli chodzi o rodzinne relacje, to chyba nie. Są zdrowe. Tak zdrowe z rodziną. Przechodziłem małżeństwa, różnie bywało, teraz może nie jest wzorcowo, nie jest to idylla, ale uważam, że jest zrozumienie. Nie ma żadnej wojny.

To daje ci spokój?

- Ze spokojem jest problem. Przeszedłem parę historii, które zaorały mi mózg, czy narobiły śladów i troszkę inaczej funkcjonuję. Moja psychika jest trochę inna. To nie znaczy, że jestem chory psychicznie. To nie są zmiany organiczne (uśmiech).

To jest nadzwyczajna wrażliwość?

- Tak, podobno jest naukowo udowodnione, że artyści mają inaczej zbudowany mózg. Nie wiem, czy to dobrze czy źle. Czasami można to traktować jak zaletę, ale czasami jako przywarę.

Trochę historii za tobą. A gdybyś tak za pomocą czarodziejskiej różdżki mógł wrócić do przeszłości, poszedłbyś tą samą drogą?

- Chyba tak. Ale musiałbym być sam. Co można samemu robić??? Leśniczym zostać w lesie. O! To mógłbym jeszcze robić. Bym sobie łaził po lesie. Ale teraz oczywiście jestem zadowolony i właściwie szczęśliwy, że robię to, co robię.

A lubisz ludzi?
- Lubię, lubię.

Potrzebujesz kontaktu z nimi czy wolisz wziąć kajak i popływać w samotności?

- Kontaktu nie potrzebuję, ale znam paru fajnych ludzi.

Spotykasz się z nimi na „kawie”?

- Ostatnio mniej, ale trochę tej „kawy” wypijaliśmy.

SPORTOWIEC
Pandemia przeszkadza?
- Pandemia tak, ale ja odkryłem kajakarstwo i od paru lat pływam. To był strzał w dziesiątkę, kiedy sprzedałem swój jacht, którym pływałem po Warcie, jeszcze za czasów, gdy Kuna się reperowała. Byłem jedyny chyba, który miał taką łódkę motorową. I pływałem po Warcie wte i wewte. Na początku koledzy byli zainteresowani, ale potem zostałem sam z tą łódką, więc pozbyłem się jej i kupiłem sobie kajak. I w tej chwili robię rocznie około trzech tysięcy kilometrów kajakiem.

Ale masz niejeden.

- Mam 13. W międzyczasie pozbyłem się innych.

Ja rozumiem, że są rowery górskie, spacerowe, miejskie, ale kajaki?

- Mniej więcej i tu tak jest. Ja mam głównie kajaki sportowe, choć turystyczne też. Klasyczne, drewniane z lat 60. jako obiekty kolekcjonerskie też mam. Będę je restaurował.

Nie zdarzyło ci się nic niebezpiecznego w czasie tych kajakarskich podróży?

- To jest sport ekstremalny, szczególnie jak się pływa po morzu czy na dużej wodzie. Ja uwielbiam dużą wodę, nie jakieś przeciski i piwne spływy na Drawie, tylko takie samotne na dużej wodzie. Bywało, że miałem pełne pory, ale jakoś z tego wychodziłem. No i trzeba liczyć się z tym, że choć to jest ładne, atrakcyjne, ale też niebezpieczne, że woda daje życie, ale też je zabiera.

Jak płyniesz samotnie całymi godzinami, pewnie rozmyślasz. Po powrocie już widzisz, jaki następny obraz namalujesz czy jaka zrobisz rzeźbę?

- Tak. Kiedy pływam na takie wielogodzinne czy kilkudniowe rejsy, to moje ciało wyłącza się z kontaktu z rzeczywistością. Jak jestem daleko od brzegu, jestem w tej łupineczce, która ma szerokość 46 cm i po kilku godzinach wiosłowania, kiedy moja krew dociera do wszystkich zakamarków ciała i dotlenia mózg, jest zupełnie inny odbiór rzeczywistości. Dochodzi do fazy medytacji. Wtedy rozmyśla się z przyjemnością o różnych rzeczach. Powstają różne obrazy, projekty. Nawet miałem taki pomysł na cykl obrazów abstrakcyjnych po dziesięciu godzinach płynięcia, po trzech dniach, po tygodniu. Wieczorami, gdy rozbijałem biwak, robiłem takie notatki. Nie przekładam tego na obraz, tylko na słowa, by zapamiętać i potem realizować je na dużych formatach. Może to jeszcze zrobię, ale potrzebna jest do tego podróż, długa podróż. Powiedzmy miesięczna. Wtedy mogą powstać fajne fazy psychiczne, które bym ewentualnie przełożył, korzystając z wieczornych zapisków.

Idziesz na dalekie głębokie morze, to ustalasz sobie trasy.
- Tak, w sportowych kajakach nie da się spać. Jak dopływam do brzegu, śpię na plaży, mam malutki namiocik, albo jak płynę rzeką, to też śpię w jakichś krzakach. Bardzo to przyjemne. I tak dziennie przepływam czasami 100 km, ale 70 normalnie.

I to wszystko w rękach?

- Noo.

Jakaś siłownia?
- Nie. Po prostu ćwiczę. Parę lat pływam, siły mi bardzo przybyło, bo też ścigam się na maratonach. Nawet mam medale. I to są maratony po 120 km. Jest co płynąć. Pierwszy maraton 120-kilometrowy na morskim kajaku płynąłem 13 godzin, a już po dwóch latach zrobiłem go w dziesięć i byłem czwarty na 100 startujących.

KONSTRUKTOR
Ja dobrze pamiętam, że sam zrobiłeś sobie jakąś łajbę?

- A tak, zrobiłem. Ona tu gdzieś leży. Dwie boje nadmuchiwane, rury na wierzchu, konstrukcja metalowa i się tak okrakiem siedziało i płynęliśmy z kumplami przez tydzień po ukraińskim Dniestrze. Ale postanowiłem zbudować taką profesjonalną rzecz, 5 m długą, 3 m szeroką. Podłączyłem silnik i popłynęliśmy nią z trzema kumplami nad morze z Gorzowa. Dopłynęliśmy do Szczecina, a tam zerwała się straszna wichura. Łamało drzewa i dobrze, że nie wypłynęliśmy na Zalew Szczeciński, bo by nas zmiotło. Skończyliśmy naszą podróż w Szczecinie. I to była jedyna podróż tym pływadłem. Ono czeka na swoją odbudowę, muszę zrobić do niego napęd nożny, czyli będzie przyczepiony rower i będzie można pływać bez napędu silnikowego, tylko siłą nóg, pedałując. I będzie można płynąć tym wszędzie, na koniec świata nawet.

Zaczynałeś od pracowni na poddaszu kina Słońce. A teraz masz w Łośnie.
- Ale nigdy nie miałem własnej. Zawsze były pożyczane. Miasto też nigdy mi nie dało. Próbowałem kiedyś o to pytać, ale nie miało to sensu, więc w końcu sobie zbudowałem ze starej stodoły. Długo to trwało, ale wszystko zrobiłem sam. To była rudera bez dachu, ścian, nie mówiąc o instalacjach. Zrobiłem z tego dom, który jest do zamieszkania w jednej części całoroczny, a w jednej to duża wysoka pracownia, ale też na lato. Na zimę wynajmuję od miasta mały lokal użytkowy, bardziej do projektowania drobnych rzeczy.

RZEŹBIARZ
Wróćmy do twoich rzeźb.

- Rzeźbiarstwo zawsze mnie kręciło. Nigdy nie czułem się malarzem. Bardziej interesuje mnie forma niż jakaś przestrzeń barwna. Nie widzę barw. Jestem daltonistą.

Co ty opowiadasz?

- No, rozróżniam, czerwone to czerwone, zielone to zielone…

A to kto zrobił, jest pełne odcieni? – wskazuję na duży dyptyk wiszący na ścianie.

- Ale tu jest forma. To stary obraz z 2014 r. Trzymam go. Nie jest na sprzedaż, bo mi się podoba. Powstał z obserwacji indyków na fermie. Położyłem się na ziemi w tym guanie i wśród tysięcy indyków fotografowałem je z ich perspektywy. One na początku trochę się mnie bały, ale jak się oswoiły, to właziły mi na głowę i zaczęły mnie dziobać.

To brzmi jak z „Ptaków” Hitchcocka.

- Dokładnie. I byłem sam, nie mogłem krzyczeć, musiałem się wydostać. One właziły na mnie. Dla nich to chyba była taka rozrywka. No ale fajnie, zrobiłem parę zdjęć i powstał taki cykl ptaszysk.

To co z rzeźbą?

- Rzeźba to głównie zabawa formą przestrzenną. I też jeszcze ze studiów. To mnie zawsze kręciło, ale ona wymaga zaplecza technicznego, dużo roboty. Więc ponieważ zaczęły się przydarzać historie rzeźbiarskie, przerwałem malowanie na korzyść brązów. Niedługo będą do pokazania. Mam w Krakowie doskonałego odlewnika, który uświadomił mi, żeby te rzeczy robić. Teraz pandemia, obrazy obrazami, a ja mam wenę na rzeźby. Są to też takie ludzkie cykle nawiązujące do postaci. I większe, już nie takie małe formy.

Zrobiłeś sobie w czasie pandemii przerwę z działań artystycznych. Nie czujesz, że ten okres jakoś ciebie natchnie, że buduje się w tobie nowy projekt?
- Być może to będzie w tych rzeźbach, które są zaprojektowane, niektóre modele gotowe. Być może, ale też wprost nie odnoszę się do wirusa. Nie jest to kolorowe, a dosyć drapieżne, ale trzymające się klasyki. To nie jest rzeźba typu kupa piasku z żarówką na środku, tylko wychodzi z klasycznej formy rzeźbiarskiej.

Nadajesz swoim dziełom tytuły?
- Trudna sprawa. Poeci nadają tytuły wierszom. Ja czasami muszę, żeby tak bardziej się ludzie cieszyli niż ja. Raczej nie nadaję, nazywam to jakimś aktem.

Masz najcenniejsze?
- Miałem. Choć ja nigdy nie przywiązywałem się do swoich prac. Do tych dwóch się przywiązałem, bo mi pasują do sofy – to oczywiście żart. Ale jak mi coś fajnego wyjdzie, bo czasami wyjdzie, to ktoś to bardzo chce i nie umiem odmówić. Więc to jest gdzieś u kogoś, a ja tym nie dysponuję. U mnie istnieją gdzieś na fotografiach.

Co chciałbyś jeszcze osiągnąć w swoim artystycznym życiu?
- Nie mam ambicji czy parcia, by robić jakąś karierę.

Jesteś zwolennikiem carpe diem?

- Tak, tak. Tu i teraz. Kajak, żeby pływał i siły, żeby były do wiosłowania. Obrazy? Nie mam ambicji materialnej. A jak się tego nie ma, to się domy buduje. To też jest robienie jakiegoś rodzaju sztuki.

Znalazłeś swoje miejsce na ziemi?
- Nie jest to miejsce zamieszkania, tylko miejsce, w którym jestem. Najchętniej na środku jakiejś wody.

BASCO
Pamiętam, jak cię po raz pierwszy poznałam w Gorzowie na wystawie z wielkimi formatami, powiedziałam, że jesteś Michał Anioł Bajsarowicz. Był ktoś, kto pierwszy, kto cię tak nazwał?
- Nie, może w żarcikach tak było, ale ty to powtarzasz, jak się spotykamy. I miło mi, choć nie jestem Michałem Aniołem, ale teraz rzeźby będę miał prawie jak Michał Anioł.

Miałeś jakąś ksywę artystyczną lub pozaartystyczną jako chłopak z Zawarcia?
- Na Zawarciu mieliśmy. Miałem ksywę Pies, ale nie, że policjant, tylko że zawsze miałem psy. A tam były dziwne ksywy. Nie można ich teraz nawet przytoczyć, takie obrzydliwe. Ale wszyscy się do tego przyzwyczaili i to było normalne. Zaraz, zaraz, ale mam ksywę Basco. Od średniej szkoły mnie tak nazywają. To połączenie z nazwiskiem podróżnika Vasco da Gama. I też mi miło, bo to takie trochę żeglarskie.

Jak zmienił się świat na przestrzeni przeżytych przez ciebie lat?

- Kiedyś nie było telefonów. Był kontakt. Pukało się do drzwi. Nie było komputera, nie było Internetu, ale była relacja z innymi ludźmi. Na podwórku się gwizdało i schodzili chłopacy (śmiech) i szliśmy coś ukraść księdzu albo gdzieś na działki, albo gołębia na ognisku usmażyć, albo raki łowić w kanale i potem je piec w ognisku.

Robiłeś w życiu coś bardzo złego, czego byś już nie zrobił?
- Tak, tak, parę rzeczy zrobiłem złych i wiem, że one potem wracają jak karma. Bo mi wydarzyły się historie bardzo niedobre. Nie będę o tym opowiadał, ale wiem, że jak coś się zrobi złego, powiedzmy skubnie się w Tesco bułkę, to potem wróci w jakiś sposób.

I to cię zmieniło?

- Tak, już tej bułki w Tesco nie skubnę nigdy, nigdy (uśmiech).

A co ci w tym świecie najbardziej przeszkadza. Może w człowieku, bo świat okiełznałeś trochę, a on jest, jaki jest.

- Tak, świat jest, jaki jest, a przeszkadza mi ludzka zazdrość.

Nie wiemy, jak będzie z kolejnymi etapami pandemii, ale planujesz przyszły rok?
- Tak, rocznie robię maksymalnie dwie trzy wystawy, bo to kosztuje mnóstwo pracy i energii. W przyszłym roku mam mieć wystawę w BWA w Wałbrzychu i mam propozycję w Berlinie, ale nie wiem. U Zdzicha Garczarka w Kostrzynie zawsze są fajne imprezy, mam tam bardzo dobry kontakt. Jest też propozycja z Gdańska.

A co z Gorzowem?
- Nikt nie jest tu zainteresowany pod względem instytucjonalnym moją twórczością ani tym, co robię. Wszystko jest gdzieś indziej pokazywane, ale to chyba taki gorzowski syndrom. Narzekają na to chyba wszyscy, ale ja nic nie chcę, nie spodziewam się propozycji i się nie skarżę, no bo kto chce oglądać w Gorzowie moje prace poza tobą i garstką ludzi?

Zostawmy to pytanie bez odpowiedzi.


Hanna Kaup

Kliknij w wybrane zdjęcie aby powiększyć

16xii2020 - malowal dzierzynskiego i lenina. uc, zdjęcie 1/12

16xii2020 - malowal dzierzynskiego i lenina. uc, zdjęcie 2/12

16xii2020 - malowal dzierzynskiego i lenina. uc, zdjęcie 3/12

16xii2020 - malowal dzierzynskiego i lenina. uc, zdjęcie 4/12

16xii2020 - malowal dzierzynskiego i lenina. uc, zdjęcie 5/12

16xii2020 - malowal dzierzynskiego i lenina. uc, zdjęcie 6/12

16xii2020 - malowal dzierzynskiego i lenina. uc, zdjęcie 7/12

16xii2020 - malowal dzierzynskiego i lenina. uc, zdjęcie 8/12

16xii2020 - malowal dzierzynskiego i lenina. uc, zdjęcie 9/12

16xii2020 - malowal dzierzynskiego i lenina. uc, zdjęcie 10/12

16xii2020 - malowal dzierzynskiego i lenina. uc, zdjęcie 11/12

16xii2020 - malowal dzierzynskiego i lenina. uc, zdjęcie 12/12


16 grudnia 2020 20:06, Hanna Kaup
« powrót
Dodaj komentarz:

Twoje imię:
 
Komentarze:


Michał od kiedy Ciebie poznałem byłeś gościem zjawiskowym,multi artysta.Pozostań i żyj w wolności artystycznej.Mało takich mam kolegòw.Pozdrawiam.Na kawę się umòwimy.
Jan Markuszewski, 17.12.2020, 07:02, 81.190.167.120 ##

Świetny artysta. Nieodgadniony dla mnie, nie poznany. A szkoda.
Andrzej Trzaskowski, 17.12.2020, 07:10, 83.25.103.172 ##

Wielki artysta! Uwielbiam jego prace! Mam nadzieję, że już niedługo, również w Gorzowie będzie można nasycić wzrok i duszę jego twórczością!
Małgorzata , 17.12.2020, 18:49, 188.146.129.60 ##

Pamiętam te " głupie rysunki " zwłaszcza na lekcji rosyjskiego, ze wspólnej ławki...... pozdrawiam
Mariusz Stępień, 17.12.2020, 19:02, 5.173.201.78 ##

Tak, Michał to Człowiek! On ma kajaki, ja rowery... czasem zajeżdżam do Niego na chwilę rozmowy.Fajnie jest sobie pogadać z Michałem. Oblukać nowe obrazy, świeżo kupiony kajak, puchary i ciągle ciąg dalszy budowy domu, pracowni. Niekiedy Go nie ma. Wtedy siedzę sobie na ganku, jak u siebie! Fajnie jest mieć kolegę - Michała!Zwłaszcza, że w wielu "rzeczach" tak jesteśmy podobni. Nooo, ja nie maluję i nie rzeźbię...
Z.M.P.
Anonim_2291, 17.12.2020, 20:58, 89.228.154.211 ##

Serwis www.egorzowska.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są wyłączną własnością ich autorów.

Absolutorium dla Prezydenta
Prezydent Gorzowa Wielkopolskiego Jacek Wójcicki otrzymał we wtorek (18 czerwca) absolutorium za wykonanie ubiegłorocznego budżetu Miasta. Za udzieleniem absolutorium głosowało ... <czytaj dalej>
O hierarchii miast w lubuskim
Prezentacja wyników badania hierarchii funkcjonalnej miast w Polsce, przeprowadzonego przez Obserwatorium Polityki Miejskiej i Regionalnej IRMiR, ze szczególnym uwzględnieniem Lubuskiego, ... <czytaj dalej>
Badają miejskie parkingi
Z samochodów i pieszo prowadzone są badania zajętości gorzowskich parkingów. Specjaliści z firmy SystemEG z Wrocławia, wyposażeni w kamizelki odblaskowe ... <czytaj dalej>
Piknik Europejski w Gorzowie
Zapraszamy do Gorzowa na Piknik Europejski! Świętujemy 20-lecie Polski w UE. Marszałek Województwa Lubuskiego Marcin Jabłoński zaprasza na kolejny piknik z ... <czytaj dalej>
Przeglądaj cały katalog lub dodaj swoją firmę
Urząd Miasta Wydział Rozwoju i Promocji Miasta

ul. Kombatantów 34, Gorzów Wlkp.
tel. 95 735 57 84
branża: Urzędy Miast i Gmin <czytaj dalej>

Kalendarium eventów
« czerwiec 2024 »
P W Ś C P S N
     
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
dodaj: imprezy@egorzowska.pl
Mała wielka sprawa
eGorzowska - adminfoto_hanna.jpg
Hanna Kaup:
Walka o Gorzów, czyli teatrzyk manipulacji
Jesteśmy po pierwszym spotkaniu w związku z propozycją zmiany nazwy Gorzowa Wielkopolskiego. Odbyło się w auli AJP przy obecności ok. 70-80 osób. Ponieważ w mediach społeczościowych trwa ożywiona dyskusja między ... <czytaj dalej>
Bez korzeni nie zakwitniesz
Archiwa Państwowe oraz Ministerstwo Edukacji Narodowej zapraszają uczniów klas 4-7 <czytaj dalej>
Kto zdobędzie mural dla szkoły
Murale Pamięci „Dumni z Powstańców” to ogólnopolski konkurs dla szkół <czytaj dalej>

aktualnie nie ma żadnej czynnej sondy
Robisz zdjęcia? Przyślij je do nas foto@egorzowska.pl
eGorzowska - dsc_0105a.jpg
admin ego:
Z czwartku na piątek
To się porobiło. Od przedwczoraj (środa) jesteśmy w Norwegii. Przy ... <czytaj dalej>
admin ego:
Dlaczego Gorzów Wielkopolski
Warto mieć świadomość, co trzeba będzie zmienić w polskim prawie ... <czytaj dalej>
admin ego radzi:
Bez makijażu?
5 maja obchodzimy Światowy Dzień Bez Makijażu, poświęcony promowaniu naturalnego ... <czytaj dalej>
admin ego radzi:
Alkoholowa mapa Polski
Ponad 95 tys. pijanych kierowców zatrzymała policja w 2023 roku. ... <czytaj dalej>
Blogujesz? Rób to lokalnie!
Wystarczy jedno kliknięcie w egoBlog
Masz problem?
Napisz do eksperta egoEkspert
Żadna sprawa nie zostanie bez odzewu. Daj znać na eGo Forum
Anonim_3879:
nie ma to żadnego znaczenia.
zmiana nazwy miasta jest wymuszana przez grono idiotów. <czytaj dalej>
Anonim_6967:
Grazia. To jest powracająca obsesja trwająca już kilkadziesiąt lat. . <czytaj dalej>
Anonim_4638:
Moje odczucia są zupełnie odwrotnie. "Żelbetonu", czyli zwolenników pozostania przy dotychczasowej nazwie (która nijak ma się do obecn <czytaj dalej>
Anonim_6819:
jak do młotków nic nie dociera <czytaj dalej>
Anonim_5148:
Zauważyliście, że ten gość powyżej zawzięcie dyskutuje z samym sobą :) <czytaj dalej>
 
eGorzowska.pl - e-gazeta Gorzowskiej Agencji Dziennikarskiej